Pamietacie Krolika , ktory byl zawsze spoźniony ? To ja , dzis . A wszystko dlatego , ze za chwilę zima odetnie mi dostep do swaiata . Posłuchajcie historii Kolesia, mnie pociekły łzy Rok 2021 znów przynosi mi myśli, że jestem gotowy na psa, chcę jakiemuś pomóc, oddać siebie i zbudować prawdziwą międzygatunkową więź, z szacunkiem do indywidualności każdej ze stron. Uczony doświadczeniami postanawiam sobie – tym razem zrobię to dobrze, przygotuję się, sprawdzę wszystkie za i przeciw… będę gotowy. Niedługo potem trafia do mnie Perełka na tymczas. Staram się jej nie pokazywać potencjalnym opiekunom, bo “jeszcze nie teraz”, “uczy się smyczy”, “dobrze nam razem”… w końcu nie mogę dłużej odrzucać chętnych przysyłanych przez fundację Matuzalki i trafia się jej wymarzony człowiek. Cieszę się jej szczęściem, ale wiecie…
Emocje podpowiadają “było dobrze”, “jesteś gotowy”, “zrób to po prostu”. Jednocześnie głowa szepcze “odpowiedzialnie!”, “przygotuj się!”, “nie wszystko będzie różowe i pluszowe”… Zapoznaję się z mnóstwem materiałów edukacyjnych, obserwuję wiele instytucji pomagających psom, czaję się… i pojawia się on… cały na brązowo. Bruno – Niufi małolat zamknięty na ogrodzie za płotem podłączonym do prądu. Amorek wycelował mi w samo serce. To ten! Działaj!
Kontaktuję się z Panią Agnieszką z fundacjji Terranova i staram się pokazać jak bardzo mi zależy, jak odpowiedzialnie przygotowywałem się do tego wyzwania… ale ona prześwietla mnie jak rasowy detektyw. Zadaje mnóstwo pytań, robi rozeznanie w fundacji Matuzalki, z którą współpracowałem… Boję się, że nie widzi we mnie odpowiedniego opiekuna, ale z czasiem okazuje się, że zyskuje do mnie zaufanie i oboje czujemy, że czas działać. Grunt zrobiony. Ówcześni właściciele Bruna wiedzą, że muszą go oddać, bo nie ogarniają, nie wyprowadzają psa, nie socjalizują go, on ucieka, broi, sąsiedzi informują różne instytucje o grasującym pod Bydgoszczą niedźwiedziu z nadmiarem energii i potrzeb społecznych. Dostaję namiary na właścicielkę, wzór umowy, dzwonię, umawiam się… jadę! Ponad 3-godzinna droga mija jak kwadrans na rozważaniach czy dam radę i snuciu idyllicznych wizji przyjaźni z tym młodym (1,5 roku), acz dużym (45-50 kg) i niezbyt rozgarniętym gałganem.
Spotkanie jest nerwowe. Pies cały czas na mnie skacze, właścicielka nad nim nie panuje, a jakakolwiek komunikacja zachodzi jedynie między nim, a kilkuletnią dziewczynką, która jak się okazało nie zdaje sobie sprawy z tego, że “Pan go zabierze i Bruncio już nie wróci”. Biorę podpis pod umową zrzeczenia się opieki nad psem i odjeżdżam czym prędzej. Kilkanaście kilometrów dalej idziemy na spacer. Zaczynamy nowe życie Przyjacielu! Nie myślałem, że jesteś takim tyranozaurem! Uciąg jak dobry traktor, zero skupienia na człowieku, 200% zaangażowania w poznawanie świata… “Chłopak potrzebuje czasu” – tłumaczę sobie, ale pod ogromem radości czai się niepewność czy dam radę i milion pytań jak ogarnąć taką bestię.
Na Bruno nie reaguje. Stwierdziłem “masz nowe życie, to i imię będziesz miał nowe”. KOLEŚ!
Jesteśmy współlokatorami. Uczymy się siebie. W domu spokoju i odpoczynku, na dworze tego, bym zawsze stał na czymś stabilnym, bo jak Koleś postanowi gdzieś biec, to nic go nie powstrzyma. Ma problemy z nadpobudliwością, skupieniem, agresją… Sąsiedzi, a z czasem i straż miejska, dają mi wyraźnie do zrozumienia, że jak nie ogarnę szybko jego lęku separacyjnego (szczeka głośno i regularnie od momentu jak zamknę drzwi, do samego powrotu), to będą poważne problemy…
Myślałem, że jestem gotowy i wziąłem pod uwagę wiele możliwych scenariuszy, a jednak pojawiło się dużo zaskoczeń, to wszystko jest trudniejsze niż zakładałem, to ogromna odpowiedzialność. Bombel wywrócił moje życie do góry nogami.
Powtarzam sobie “pracuj z nim konsekwentnie, a efekty w końcu przyjdą”, spacerujemy dużo (łokcie ledwo to znoszą, smycze również)… zaczynamy szkolenie… postępy są powolne, Koleś poza domem nie zwraca na mnie większej uwagi. Trudno o współpracę. Z czasem zaczyna lepiej znosić rozłąki. Coś zaczyna się zmieniać. Uczymy się siebie i powoli pojawiają się efekty. Trafiliśmy też wreszcie na odpowiedniego behawiorystę – Aleksandrę Gumkowską, której fachowe porady i spacery socjalizacyjne bardzo wiele wniosły.
W międzyczasie okazuje się, że Pani, która podpisała mi umowę przekazania opieki nad psem, miała tylko 50% praw, do niego. Drugą połowę miał jej mąż pracujący za granicą. Wysyłałem prośby o to, by i on podpisał mi umowę i by wysłała mi ją. Długo mnie zwodziła, mówiła że już ją wysłała, ta nie przychodziła, ja nie chciałem naciskać za mocno, bo wiedziałem, że do momentu uzyskania pełnych praw muszę być z nią w dobrych relacjach… w końcu po tygodniach zmagań dostałem umowę z podpisem męża i postanowiłem, że nie będę im już wysyłał zdjęć i filmów z psem (zrzekli się praw do kontaktu z nim), bo to wzmacnia ich poczucie winy i tęsknotę. Nie odpowiadałem więc na prośby o zdjęcia, co poskutkowało wylewem kwasu – smsy z wyzwiskami, snucie historii, że pewnie go sprzedałem (za ciężkie teksty, by je tu przytaczać). Zablokowałem tą Panią we wszystkich kanałach. Zgłosiłem Pani Agnieszce z fundacji Terranova, że może się odzywać do niej poprzednia właścicielka psa z oszczerstwami na mój temat oraz zaprosiłem do odwiedzenia mnie, by zobaczyć na żywo jak Koleś się ma. Nadal zapraszam wszystkich, którym Wrocław jest po drodze. Koleś niczego nie lubi bardziej niż ludzi (zwłaszcza tych nowych). Dramat się zakończył.
Pierwsze 6-12 miesięcy Koleś był tyranozaurem. Dziś w domu jest oazą spokoju i pieszczochem. Umie ładnie spacerować, uwielbia wycieczki. Chodzi do biura, knajp, na wydarzenia kulturalne i rekreacyjne. Dzieci do niego lgną, a on bryluje łaszeniem się. Chętnie zostaje u moich rodziców i urobił sobie ich tak, że zawsze wraca rozpieszczony, ale obie strony cieszy czas spędzony razem. Potrafi ze spokojem mijać inne psy (choć i “odpalić się” na jakiegoś czasem). Ma problemy z przywoływaniem (bez przekupowania serem, nie wróci z ogrodu do domu). Zdarzyło mu się uciec przez płot i nastraszyć sąsiadki biorące na ręce swoje małe pieski. Pracujemy nad tym, widać postępy.
W styczniu 2024 miną nam dwa lata razem. Nie jestem jego Panem, tylko kumplem-opiekunem (tak jak on moim Kolesiem). Staram się z nim współpracować, a nie mu rozkazywać. On mi pokazuje czego chce i jak nie wywraca to nikomu życia, to robię wiele, by spełniać jego potrzeby i pomysły. To zdrowy, ciekawski i bardzo towarzyski pies z trybem “do przodu” włączonym na stałe. Kocham go bardzo i on mnie też. Wywrócił mi życie do góry łapami, ale dziś podjąłbym taką samą decyzję. Czeka nas wiele pięknych chwil razem, ale jak będzie ciężko, to też damy radę
Dodaj komentarz