Lubię Lubiecz :-)

wpis w: PW - Praca Wodna | 0

pic_035
Mamy nadzieję, że nie wejdzie nam to w krew, ale niestety i tym razem dojechałyśmy na miejsce ostatnie. Tym razem usprawiedliwiać może nas trochę fakt, że chciałyśmy zrobić odpowiednie entrée, inaczej któż zwróciłby uwagę na to, jak bardzo niektórzy z nas przygotowali się na warszawski lans Uśmiech.

pic_037
Po przywitaniu się z zapracowanym Gospodarzem i wypakowaniu najważniejszych rzeczy z samochodu, dołączyłyśmy do reszty stada. Po serdecznym jak zwykle powitaniu, uspokojeniu zatroskanej naszą długą podróżą RuDej (nie, nie jechałyśmy przez Gdańsk Uśmiech) oraz posileniu się napojem energetyzującym, Magda i Dasza wskoczyły w stroje robocze i do pracy.

Trening w wodzie, jak zawsze znakomicie zorganizowany i świetnie prowadzony, sprawił niesamowitą frajdę wszystkim uczestnikom, psom nie można niczego zarzucić, bardziej doświadczone jak zwykle wykonywały wszystkie polecenia bez żadnych pomyłek, nowicjusze czynią ogromne postępy. Czasami niedoskonały był jedynie czynnik ludzki, ale niewłaściwe zachowania pozorantów i przewodników były cierpliwie korygowane przez wyrozumiałą Prowadzącą. Po kilku turach aportowania, skakania i holowania (oczywiście nie tylko psy wykonywały opisane zadania)szybko i sprawnie zgarnęliśmy cały osprzęt i udaliśmy się na zasłużonego grilla. Tylko Ci, którzy nie znają Rudej mogą myśleć, że na tym zakończył się pierwszy dzień pracy. Mimo święta nie pozwoliła nam się obijać. Kolacja kolacją, ale szkoda marnować takiej okazji na nicnierobienie. Przy grillu mogliśmy się przekonać, jak trudno jest zrozumieć psu, czego dokładnie od niego chcemy, kiedy szkolimy go przy użyciu klikera. Jeśli ktoś nie wierzy, niech spróbuje zatańczyć, zerwać fioletowy kwiatek lub poczęstować kolegę smakołykiem będąc prowadzonym jedynie klikerem. To naprawdę nie jest tylko „klik i już”. I znowu Ruda okazała się niezastąpiona, podpowiadała zarówno klikającym, jak i klikanym. Za cenne uwagi dziękujemy również Michałowi.

pic_090pic_091

Czwartek zakończył się stosunkowo wcześnie, niestety niektórzy są niezastąpieni w pracy i nie mogą sobie pozwolić nawet na dzień urlopu – w piątek rano Ruda musiała wrócić do Warszawy. I wszystko byłoby w porządku, bo wstała rześka i pozytywnie nastawiona do świata (to nasz pierwszy ranek z nią, ale nie wątpię, że zawsze jest taka), ale w zdezorientowanej Daszy obudził się instynkt obrońcy i warcząc dawała do zrozumienia, że nie bardzo podoba jej się pomysł porannej kawy (a może chciała się tylko zemścić na RuDej za wszystkie zaplanowane na weekend atrakcje?). Na szczęście sytuacja została opanowana i mogłyśmy spać dalej (i tu ponowne podziękowania dla Michała, że skutecznie nam to umożliwił Uśmiech, inaczej mogłoby dojść do użycia przemocy).

Piątek był wyjątkowy nie tylko dlatego, że nie było RuDej. Na ten dzień była też szykowana niespodzianka i mimo, że cały dzień starałyśmy się wydobyć od wtajemniczonych choć szczątkowe informacje, wszyscy byli twardzi i nie zdradzili się ani ani. Dodatkowo zapowiedziano nam, że mamy być wieczorem w dobrej formie, wyposażenie w latarki, pianki i ciepłe ubranie, co tylko dodatkowo podsycało naszą ciekawość. Snuliśmy różne domysły, ale chyba nikt nie zgadł, co szykowała nam RuDa. Oczywiście nie spędziliśmy tego dnia zupełnie bezczynnie. Zaczęliśmy od wody, zgodnie z obietnicą wyruszyliśmy nad nią wczesnym rankiem Uśmiech.  Niestety nie mogliśmy ćwiczyć tyle, ile byśmy chcieli, choć zapał mieliśmy ogromny. Niedługo po rozłożeniu całego sprzętu, pojawiła się nad nami ogromna granatowa chmura, grzmiało i zaczęło się błyskać. Baliśmy się ryzykować kąpieli w tej jakże romantycznej atmosferze. Na szczęście dość szybko przestało lać i mogliśmy kontynuować z PT. Michał godnie zastąpił RuDą, dał radę ogarnąć całe towarzystwo, pochodziliśmy, powarowaliśmy, siadaliśmy i zostawaliśmy. Zakończyliśmy jak się nam niekiedy zdarza lekkim zamieszaniem. Następnie dzięki nieocenionej pomocy starszych i bardziej doświadczonych kolegów, poznałyśmy zasady prawidłowego suszenia psa (choć i tak nie udało nam się wysuszyć naszej do końca), dowiedziałyśmy się, że czesanie nie boli i nie robimy tym psu krzywdy oraz, że nie tylko w łokciu jest miejsce, które czyni prąd, dobrze wyszkolony pies zlokalizuje je również w dłoni. Niemniej jesteśmy bardzo wdzięczne za cierpliwość i wyrozumiałość, lekcja na pewno zaprocentuje. Obiecujemy też już nie eksperymentować, a jak nas zaświerzbią ręce, to podetniemy sobie grzywkę Uśmiech.

Wreszcie przyjechała RuDa. Chwilę jej zajęło zorganizowanie ekipy, ale nie wiedzieliśmy co nas czeka i ciężko było zadecydować, które psy jadą, a których lepiej nie brać, żeby nie sforsować. Jednak zdecydowany i asertywny ton organizatorki nocnej eskapady nie pozwolił nam zastanawiać się za długo. Po chwili rozlokowaliśmy się w kilku samochodach z tymczasowego komisu i ruszyliśmy. Po kilkunastu minutach jazdy cało i zdrowo (co nie jest takie oczywiste) dojechaliśmy na miejsce, a niektórzy po drodze dzięki uprzejmości współpasażerów mieli zafundowane czyszczenie uszu Uśmiech.

Nie wiem, czy ktoś z nas się spodziewał, ale RuDa zorganizowała nocne pływanie w …..Ślesinie, dokładnie w tym ośrodku, w którym spotykamy się w sierpniu. Wesołe towarzystwo w piankach i ze stadem psów wzbudziło zainteresowanie wśród młodzieży świętującej na plaży zakończenie roku szkolnego. Na plaży ślesińskiego OSIRU przekonaliśmy się, że psom ciemności zupełnie nie przeszkadzają, radzą sobie tak samo dobrze, jak za dnia. To my musieliśmy być zaopatrzeni w latarki, które niestety miały za mały zasięg by pomóc odnaleźć zgubioną przez jedną z naszych dziewczyn obrożę. Wrażenie jakie zrobiliśmy (ok., ok., jakie zrobiły psy) na lekko już zmęczonych wczasowiczach pozwala przypuszczać, że z dobrym biznes planem zarobilibyśmy więcej niż miśki na Krupówkach Uśmiech.

Po powrocie do domu do późna trwały jeszcze nocne Polaków rozmowy, choć niektórzy, obiecawszy śniadanie do łózka, zwinęli się wcześniej.

Do łózka może nie było, ale dzięki jajecznicy z 30 (???) jajek na boczku i cebulce zostało mi wybaczone (dziękuję Marku Uśmiech). Potem, jako że RuDa była już na miejscu, nie mieliśmy czasu na błogie leniuchowanie.

pic_052
Zostaliśmy zapędzeni nad wodę, gdzie czekała nas powtórka z aportowania oraz skoków z łódki. Psy jak zwykle z pełnym zaangażowaniem ratowały wszystko, co mogło potencjalnie utonąć i trudno było je powstrzymać, ale daliśmy radę i jeden z pozorantów musiał sam wrócić do brzegu. Niestety nasz chytry plan pozbycia się RuDej nie wypalił, nie dała się utopić ( Xara pośpieszyła z pomocą), ani dobić wiosłem mimo usilnych prób mściwych uczestników zjazdu.

 

pic_063pic_073

pic_086
Po powrocie część z nas zajęła się przygotowaniem obiadu, ale Ci, którzy nie zmieścili się w kuchni, mieli okazję przyjrzeć się pracującej Mafii. Jeśli będzie kiedyś coś od was chciało kilku panów w kominiarkach i zobaczycie, że są z psem, nie uciekajcie, grzecznie wykonujcie ich polecenia i najlepiej przyznajcie się od razu do wszystkiego.

Tego dnia mieliśmy szczęście, suty i smaczny obiad podziałał rozleniwiająco także na RuDą, więc wieczór mieliśmy wolny. Niektórzy zrobili sobie krótką sjestę, inni wybrali się na spacer po okolicy, byli też tacy, którzy nie robili nic (the Nothing Box). Rozlazłość, która nas dopadła w dużej mierze wynikała ze świadomości nieuchronnie zbliżającego się poniedziałku, choć niektórzy kusili lekarzami, wystawiającymi L4 zupełnie za darmo, pod jednym jedynie warunkiem…… trzeba być chorym. Byli tacy, którzy się skusili i nawet spuchli, żeby tylko przedłużyć sobie ciut i tak długi weekend.

Wieczorem godnie zakończyliśmy wspólnie spędzony czas, z całych sił starałam się odgadywać, a nawet wyprzedzać potrzeby RuDej, której za tyle pracy należało się rozpieszczenie.

Relacja z niedzieli bardzo skromna – wstaliśmy nieco markotni i średnio wyspani , zjedliśmy śniadanko i zaczęliśmy się pakować, bo już czuliśmy zbliżający się poniedziałek.

Ustaliliśmy jeszcze tylko wspólnie termin kolejnego spotkania, bo do Ślesina jeszcze kawał czasu.

Podsumowując:

  • ogromne podziękowania dla RuDej, Jacka i Michała za zaproszenie takiej bandy w swoje progi.

  • specjalne dla Jacka za niewyczerpane pokłady cierpliwości

  • dla wszystkich, że zechcieli nas trochę podszkolić w kwestii opieki nad Nowofundlandem (a szczególnie Marcinowi za pomoc w czesaniu i Oli za kołtuny)

Dowodem tego, że nie słodzimy fałszywie jest złożona Deklaracja członkowska (nie wiem, czy zapodziała się przypadkiem, czy też celowo, ale nie szkodzi, Magda wypełniła jeszcze raz Uśmiech).

Galeria

Zostaw Komentarz